Mini recenzja TM: Pięćdziesiąt twarzy Greya

Z okazji przypadających dziś Walentynek, Trendy Mama przygotowała dla Was mini recenzję: Pięćdziesiąt twarzy Greya. Wybaczcie, że części pierwszej a nie drugiej, ale z racji opieki nad trzymiesięczną córeczką, wyjścia do kina, póki co, mam mocno ograniczone.

Mark Twain stwierdził kiedyś, że „każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu”. Christian Grey (w tej roli Jamie Dornan), bohater powieści E L James i filmu w reżyserii Sam Taylor-Johnson, idealnie wpisuje się w ową mroczną definicję naszego jakże – okazuje się – trudnego i pokręconego jestestwa, na które jesteśmy skazani z wolnej woli i wyborów: własnych bądź cudzych: środowiska, rodziny, Boga, fatum. 

 

Do Anastasi Steele (granej przez rewelacyjną Dakotę Johnson, córkę słynnego „policjanta z Miami”), młodej i niedoświadczonej (oczywiście pod względem seksualnym) studentki literatury angielskiej, niefortunnie wplątanej przez przyjaciółkę –  Kate Kavanagh (Eloise Mumford) w spotkanie z „bestią”, pasują z kolei słowa wypowiedziane przez Hermana Hesse: „Cha­rak­ter człowieka ujaw­nia się naj­wy­raźniej i naj­czyściej, kiedy człowiek zos­ta­nie od­su­nięty od swe­go codzien­ne­go otocze­nia i pos­ta­wiony przed czymś nowym”. 
W książce – widać to doskonale, w ekranizacji – już niekoniecznie. Ta pierwsza Anastasia pragnie komnaty bólu ponad wszystko, „Sodoma i Gomora” Christiana fascynują ją, oddaje się więc „szkole libertynizmu” posłusznie i chętnie.  Ta druga –  waha się, jest skromniejsza, targają nią wątpliwości, sprzeczne uczucia. Dopiero pod koniec – gdy pojawia się kara (chłosta, 6 batów) obie „kobiety” zaczynają mówić jednym głosem, choć to „nie” z pewnością  nie jest mocne, ostateczne, finalne, kończące „zabawę w piekło”, w granice. Paradoksalnie, sposób w jaki Ana rozstaje się z Christianem, daje nadzieję na powtórne spotkanie Pana z Uległą. Winda staje się symbolem drogi, jakiejś  niekończącej się peregrynacji i zawieszenia: między dobrem a złem, między miłością a perwersją, między cierpieniem a szczęściem, bólem a ukojeniem. 
Fabuła, z całym sztafażem towarzyszących  jej erotycznych gestów (ssanie ołówka), niedomówień, aluzji (przygryzanie warg) i dosłowności, zabawek i akcesoriów (kajdanki, pejcze, kulki, taśmy), „wyjętych” z porno-produkcji czy słynnych „różowych serii”, nie zapiera tchu w piersiach, ale i nie nudzi. Tzw. „momenty” pojawiają się jednak sporadycznie w porównaniu do „tych” z wersji drukowanej, papierowej. I to – jednych może rozczarować, innych – pokrzepić. Ja znajduję się w tej drugiej grupie, bo dzięki temu miałam większą radość z czytania!!! (zwłaszcza maili i dziwacznych umów-kontraktów). Nie odnoszę się szerzej do warstwy językowej książki, bo jest to wypowiedź o filmie, a nie o literaturze.
Łaknących i spragnionych treści erotycznych odsyłam do Pamiętników Fanny Hill z 1749 roku autorstwa Johna Clelanda lub do zapowiadanej jako „zmysłowa trylogia” serii Irene Cao pt. Widzę cięSłyszę cięPragnę cię. „Wzrokowcy”, mimo wszystko, powinni znaleźć odrobinę  przyjemności w omawianym w dzisiejszym poście obrazie. „Czerwony” budzi w końcu zmysły, a w takim kolorze – pamiętajmy –  urządzony jest – najwspanialszy, ulubiony pokój  Pana Greya…

Na koniec, przewrotnie, krótka charakterystyka tytułowego bohatera:

bogaty miliarder, filantrop, dżentelmen z jednej strony i Pan-kontroler, sadysta, współczesny markiz de Sade z prostym, żeby nie użyć przymiotnika „prostackim” mottem życiowym: „ja się nie kocham… Ja się pieprzę… ostro” – z drugiej. 

Źródło zdjęć: archiwum prywatne
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s